Będzie to krótkie wspomnienie z pięciodniowej wyprawy w highlandy, w której udział brała autorka bloga wraz z piątką znajomych. Wyprawa miała miejsce w lipcu 2009 roku. Sześcioro uczestników wyprawy wyruszyło wówczas z różnych części Szkocji, by spotkać się w Milngavie (
wymawia się: Mil:gaj), by rozpocząć wędrówkę, mającą się ciągnąć przez ponad 100 mil, czyli trochę ponad 150 km.
 |
mapa trasy West Highland Way, źródło |
West Highland Way jest jednym z najbardziej malowniczych szlaków wycieczkowych w Szkocji. Prowadzi przez parki narodowe, wybrzeża jezior, doliny, góry, niekończące się pastwiska oraz przez lasy, wodospady i wioski, by w końcu dojść do mety, miasteczka Fort William.
 |
Patrząc w dół na Devil's Staircase... |
Oprócz zapierających dech w piersi krajobrazów, wielką atrakcją wyprawy jest nocowanie pod namiotami – na polach campingowych, lub na dziko. Camping na dziko jest w Szkocji legalny! Wystarczy obrać sobie kawałek trawnika (we w miarę strategicznym punkcie, np. w okolicy pubu) i śmiało można rozbijać namiot! Nasza ekipa obrała opcję dwa noclegi na campingu, dwa na dziko. Prawdziwą zmorą biwakowania w Szkocji są pchełki zwane midges (brak polskiego tłumaczenia – migdes występują tylko w Szkocji), na terenach wilgotnych, ocienionych i bardzo lubią smak ludzkiej krwi. Latają niepostrzeżenie koło skóry twarzy, rąk, nóg, wabione zapachem ludzkiego potu, by przywrzeć do niej i ssać krew i zostawić niewielkie, lecz paskudnie piekące ukąszenia. Pod tym względem midges o wiele gorsze są od komarów! Są ponadto mniejsze, bardziej uparte i cichutkie. Komarów zresztą w Szkocji nie uświadczysz.
 |
dolinami, ścieżkami krętymi, we mgle... |
Szlak rozpoczęliśmy w sześcioro, a zakończyliśmy go w czworo. Wniosek => liczy się forma, jeszcze raz forma i wygodne buty, dobrze mieć zapasową parę. I ubranie przeciwdeszczowe. Dla mnie osobiście najcięższy był czwarty dzień wyprawy i to nie ze względu na stopień trudności trasy, ale ze względu na deszcz, który padał nieprzerwanie cały dzień, przemaczając całkowicie buty i wodoodporne ubranie. Dzień piąty był pełen bąbli na stopach, a po południu zobaczyliśmy metę!
 |
chmury w kształtach najrózniejszych... |
 |
przez nigdysiejsze lasy... |
 |
ku wzgórzom zielonym... |
 |
tak tak, owce!!! |
 |
słońce jak zwykle wykazywało brak zdecydowania - pokazać się, czy nie... |
 |
dramatyczne krajobrazy West Highland Way |
 |
różów też nie brakowało... |
 |
i zawsze byliśmy mile witani przez autochtonów... |
 |
zieleni nigdy na wiele - tu w odcieniu lipcowym |
 |
to, co autorka bloga lubi najbardziej, czyli owce na West Highland Way |